Ja po prostu nie mam nic ciekawego do opowiedzania. W kwestii praw zwierząt napisałam 200 stron, które mogłyby służyć jako całkiem niezły podręcznik, gdyby ktokolwiek czytał jeszcze filozoficzne książki naukowe. Poza tym… pustka. Nie chodzi o brak pomysłów, bo od dłuższego czasu trapi mnie temat handlu kobietami, zapomniany przecież… jak tysiąc innych udręk współczesnego świata. Szkopuł tkwi w tym, że ciążące nade mną poczucie, że moje życie, czy słowa, muszą wnosić coś do rzeczywistości, kompletnie mnie sparaliżowało i to na tyle, że od 3 lat nie napisałam nic.
Tymczasem wsiąknęłam w warszawskie życie pracownicze. Jakieś skrawki intelektu trzeba było wykorzystać, choćby na zarabianie pieniędzy. Udało mi się nawet znaleźć pracę w 5 dni, szybko awansować, zajmować się w bardzo konsekwentny sposób mnóstwem rzeczy, o których nie miałam pojęcia i nawet zaliczyć kilka sukcesów, w tym otwarcie trendy wegańskiej restauracji. W międzyczasie jednak moje dni zaczynały być coraz bardziej do siebie podobne. Co robiłam?
Konsumowałam… i nie to, że wrażenia z dalekich podróży, albo coś równie ISTOTNEGO. Konsumowałam książki, seriale, nowe dania i słodkości z kolejno otwierających się roślinnych knajpek. Konsumowałam swój czas, na pracę i odpoczynek od pracy. Okazjonalne odwiedziny u rodziców, okazjonalne spotkania z przyjaciółmi. Niezwykle rzadkie wyjazdy, które szybko stawały się mglistym wspomnieniem.
Jedzenie, spanie… przerywane pracą, a może praca przerywana wszystkim innym łącznie z Netflixem. A przecież miałam być wielką pisarką, albo przynajmniej efektywną aktywistką, ratującą zwierzęta. Zrezygnowałam. Z pisania, z aktywizmu, nawet z członkostwa w komisji etycznej, w której chciałam racjonalnymi argumentami ratować zwierzęta laboratoryjne. Co prawda okazało się, że w instytucjach państwowych logika i racjonalne argumenty nigdy nie będą kartą przetargową w grze o czyjeś życie… ale zrezygnowałam!
No i jestem TU, w miejscu, w którym SKAPNĘŁAM SIĘ, że zostałam KONSUMENTKĄ.
Powiem Wam szczerze, nie jest w TU za wygodnie. Właściwie egzystencjalnie to jest całkiem do kitu. Bo nie dość, że wszystkie wyobrażenia jakie miałam na swój temat szlag trafił, to jeszcze okazuje się, że jestem jednym z tych Warszawiaków obserwujących z karuzeli płonące getto.
Czy ktoś z Was ostatnio SIĘ SKAPNĄŁ?

