O autorze
Dr filozofii, specjalistka od etyki stosowanej i praw zwierząt. Marketing Manager wegańskiej restauracji wegemama w Warszawie. Pasjonatka najnowszych odkryć kognitywistyki i etologii, miłośniczka współczesnego kina amerykańskiego. Od kilkunastu lat weganka.

TINDEROWE ROZKMINKI

fot. U. Zarosa
fot. U. Zarosa
Kiedy prześpią się ze sobą, będą musieli znaleźć coś innego, aby przesłonić ogromną absurdalność swego istnienia. Czy jednak... jest absolutnie konieczne, żeby się okłamywać?" - pisał Sartre w moich ukochanych "Mdłościach".

- Dajesz jedno zdjęcie, takie trochę prowokujące. Drugie, takie normalne, jak wyglądasz na co dzień. No a trzecie najlepiej całej sylwetki, żeby było widać jaką masz figurę - poinstruowała mnie A. opowiadając o tym, co warto na Tinderze.



No właśnie, w naszym pięknym kraju dopiero od niedawna można się w ogóle przyznać, że się używa. Bez współczujących wyrazów twarzy koleżanek i kolegów podejrzewających Cię o całkowitą desperację albo promiskuityzm (zresztą w obu przypadkach apka okazuje się chyba dość przydatna).

- Boże w tej Warszawie to same jakieś zdesperowane baby na tym Tinderze, połowa chce się ze mną przespać, a jestem tu tylko na dwa dni - powiedział kiedyś K. tuż po przyjeździe z Berlina. Ponoć tam jest to narzędzie nie do szukania męża, wymarzonej lalki barbie, czy sado-maso seksu, ale przede wszystkim do towarzyskich spotkań. Późno do nas ta cała wolność dotarła, to się staramy ją jakoś zaadaptować. Zastanawiam się tylko, czy my na Tindera rzeczywiście jesteśmy gotowi? Na takiego bez skrajności, bez twarzo-reklamy i skoku ze spadochronu.

- Ważny jest opis. Rzadko który zamieszcza jakikolwiek opis. Zresztą większość tych, którzy zamieszczają wylicza cechy wymarzonej księżniczki albo wachlarz swoich zalet - kontynuuje A. opowiadając, że ostatnio i tak trafia głównie na Sympatycznych.

Czyli bywa też bez skrajności, ale mnie najbardziej w tym naszym postkomunistycznym randkowym bałaganie interesuje, czy na na takim Tinderze są w ogóle LUDZIE? Wiecie, tacy z krwi i kości, ze swoimi bliznami, pomyłkami, zająknięciem od czasu do czasu. To jest takie szczero-naiwne pytanie, które w sobie noszę, wynikające z lęku przed PRODUCT PLACEMENTEM oglądanym przez ułamki lub kilka sekund zanim ruszymy kciukiem w prawo lub w lewo. No bo my te product placementy sortujemy: na prawo - lewo, na interesting - loser, na hot or not? Oczywiście nawet oceniając książki po okładce, zerkamy czasem na obwolutę, może uratuje nas więc opis.

- Lubię aktywny wypoczynek, sport, podróże. Głównie takie rzeczy piszą - na A. zawsze można liczyć, zresztą sama to nie raz widziałam.
- A Ty co piszesz? - pytam.
- O swoich zainteresowaniach, co jest dla mnie ważne, co lubię robić. No i ile mam wzrostu, to ważne, jak się jest wysoką - odpowiada.

Nie wiem czemu, ale znów widzę przed oczami product placement, tym razem jakaś biedna Prunella z Janowa sprzedana ponoć za dobrą cenę, nie jak te inne łapserdaki. Lęk powraca, jakiś taki rdzennie feministyczny - przed uprzedmiotowieniem, czy odpodmiotowieniem… no jakimś zdehumanizowaniem po prostu. Zaraz, zaraz... może Tinder to jest właśnie wolność, szczery sposób na oderwanie się od cnotliwych, wydumanych gęb, jakie sobie przyklejamy. Że niby szukamy kogoś interesującego, mądrego, dobrego, jakiegoś soulmate’a czy chociaż partnera na kino i wino… po co nam te ambarasy. Hot or not? Prawo - lewo. Można po prostu nastroszyć piórka i co najwyżej czekać na zderzenie ze znudzoną i niezainteresowaną pawicą.

- Wiesz, Tinder to takie narzędzie, w którym trzeba dobrze zrozumieć zasady gry i nie oczekiwać za wiele - ratuje mnie A.

No właśnie, naoglądam się tych wszystkich romantycznych filmów i wierzę w jakieś cuda na kiju, przypadkowe spotkanie, ciekawą rozmowę, spontaniczne i głębokie obcowanie z drugą osobą. Normalnie jak w książkach Danielle Steel, których nigdy nie dane było mi przeczytać, bo ciągnęło mnie do Stasiuków i Konwickich. Nie potrafię wyluzować. W zetknięciu z fantastycznym odkryciem naszej cywilizacji, nowoczesnym, wyzwalającym i potrzebnym, zupełnie brak mi dystansu. A przecież czy nie lepiej tak po prostu:
Ula, dr filozofii, weganka, uwielbia Konwickiego, Głowackiego, po prostu literaturę autobiograficzną, pasjonatka praw zwierząt i efektywnego altruizmu.
Nie, nie… to by się nie udało.
Ula, 176 cm. Zdjęcie z dzióbkiem. Zdjęcie na wycieczce. Zdjęcie jak uprawia sport.
Tak, to by mogło dać parę lajków, a może i jakiegoś super :)

Tak naprawdę uważam, że Tinder po prostu nie jest dla mnie, bo tkwi we mnie gdzieś zaściankowa, acz głęboka obawa, taki cichy lęk właściwie, przed byciem zdjęciem przerzucanym na prawo i lewo. Tak po prostu, instrumentalnie bez ceregieli. Hot or not? Bez pytań, bez rozmowy, po prostu: NOT! Product placement error.
Choć gdy o tym myślę, to chyba bardziej pochłania mnie i trawi świadomość, że byłabym PRZERZUCAJĄCĄ - bez poznania, namysłu, ujednostkowienia - fotka goni za fotką i tylko czasem: ups… to miało iść na prawo, o za dodatkową opłatą można cofnąć, uff...

- Na Tinderze nie ma ludzi - kwituje A. - są profile, takie Second Life tylko można z niego w końcu wyjść na prawdziwe spotkanie. Oczywiście można się też próbować humanizować: opowiadać o zwyczajnym życiu, swoim nastroju.

Cholerka myślę wyjść i spotkać się z SYMPATYCZNYM albo PRZERZUCACZEM product placementów?

Na razie pasuję… tak po prostu, choć:
"Martwi mnie nie to, że jestem pozbawiony pewnego typu przyjemności, raczej to, że cała gałąź ludzkiej działalności pozostaje mi obca... Jestem przecież człowiekiem..." - pisał Sartre i myślę dziś ja.
Trwa ładowanie komentarzy...