Takie jak my? Tacy jak one.

fot. Alan Weiss
fot. Alan Weiss
Przed nami głosowanie w sprawie uboju rytualnego. Nasi przedstawiciele będą decydować o tym, w jaki sposób najlepiej zabijać, nie kwestionując nawet przez chwilę sensowności tradycji jedzenia mięsa. Przychodzą mi zatem na myśl słowa J. Safran Foera: „Wojna, którą prowadzimy, nie jest tylko wojną ze zwierzętami, ale też wojną ze sobą. To konflikt stary jak świat i jednocześnie najbardziej niesprawiedliwy w historii.”

Od kilkudziesięciu lat wielu etyków wspiera pogląd, że istotom zdolnym do świadomego odczuwania powinniśmy przyznać podstawowe prawa (prawo do życia, wolności od cierpienia). Twierdzenie to jest najczęściej negowane na skutek tradycyjnie powielanej antroponegacji (podkreślania różnic, jakie istnieją między nami a “nimi”). Nie potrafiąc zaakceptować odkrywanych przez naukę podobieństw międzygatunkowych, tłumimy (i wręcz ukrywamy przed sobą) naszą zwierzęcą naturę. Trudno nam przyznać, że chociażby to, czego doświadczamy jako emocje, zawdzięczamy procesowi ewolucji, który wyposażył nas w zautomatyzowane programy działań wzbogacone o refleksję i wspomnienia. Nieustannie wpadamy w etyczną pułapkę, chcąc nobilitować zwierzęta z powodu tego, że nas przypominają, zupełnie zapominamy o tym, że my też nimi jesteśmy.


Tymczasem człowiek, analogicznie do krów, tworzy więzi i przeżywa stratę bliskich. Tak jak one cieszy się, kiedy udaje mu się rozwiązać problem i czegoś nauczyć. Modyfikuje swoje zachowanie w zależności od tego co zapamiętał, czyli np. doskonale rozpoznaje tych, którzy utrzymywali z nim ciepłe relacje i tych, którzy sprawili mu ból. Krowy i ludzie są wrażliwi na to, jak traktowani są ich bliscy, zwłaszcza potomstwo, po którego utracie przeżywają silny stres i depresję. Zapamiętują też doskonale mapę przestrzeni, o ile nie skupili się właśnie na bezmyślnym podążaniu za przewodnikiem. Człowiek, podobnie jak krowa, jest wrażliwy na muzykę i przy użyciu narzędzi potrafi modyfikować swój głos tak, by go lepiej słyszano. Jednemu i drugiemu zdarza się wykazywać zachowania altruistyczne i ma poczucie niesprawiedliwości, kiedy ktoś jego altruizmu nie odwzajemnia (na przykład nie chce się dzielić uzyskanymi przywilejami). W ludzkim stadzie coraz częściej, tak jak w krowim, dominuje nie ten, kto jest najsilniejszy, ale najsprytniejszy. Być może zatem, powtarzany przez zwolenników przedmiotowego traktowania zwierząt, zarzut antropomorfizacji (przypisywania zwierzętom ludzkich cech) powinniśmy zacząć nazywać bomorfizacją (od łac. bos taurus - bydło domowe), czyli przypisywaniem człowiekowi cech krowich? Zastanówmy się bowiem, co właściwie tak bardzo nas od nich różni? Nie-krowi język, nie-krowie wzorce przekazywane kulturowo, nie-krowie smartphony, netbooki i tablety? Oczywiście, ale czy są to różnice, które powinny być moralnie istotne?

Według naukowców, którzy podpisali Deklarację z Cambride o Świadomości, zwierzęta posiadają świadomość analogiczną do naszej, w tym świadomość własnych stanów emocjonalnych. Oznacza to, że potrafią się bardzo mocno smucić i cieszyć z byle powodu, trwać w depresyjnej katatonii i skakać z euforii. Zastanawia mnie zatem, jak bardzo podobne do nas musi być dane zwierzę, byśmy uznali, że dyskusja o najlepszym sposobie zabijania go (w celu zrobienia kotleta) jest nie na miejscu? Skoro podobna neurobiologia, zachowania wskazujące na myślenie i obserwowane emocje nie wystarczają by zmienić tor bierzącej dyskusji, to czy nasz sposób patrzenia na zwierzęta jest zacofany i naiwny, czy może istnieje między nami a nimi jakościowa przepaść?

Być może niektórzy z nas rzeczywiście nie wiedzą, że inne zwierzęta również należą do grona istot świadomych. W końcu tak rzadko można je obserwować (zwłaszcza te gospodarskie, których los w przemysłowej hodowli jest dobrze przed nami ukryty). Tylko czy możemy sobie pozwolić na ignorowanie ustaleń nauki podejmując ważne decyzje etyczne w oparciu o nasze osobiste przeczucia i zabobony? Walczymy dziś o dobrostan, czyli mniej bolesne pozbawianie życia, "maszyn" produkujących mleko i mięso. Wydaje nam się, że czeka nas krok w bardzo dobrym kierunku i wielkie zwycięstwo, którym będziemy mogli się chełpić przez następne lata. Decydujemy o losie innych zwierząt dlatego, że mamy poczucie, iż nimi nie jesteśmy, jednocześnie decyzje te podejmujemy w oparciu o najprostsze schematy emocjonalne: dążenie do posiadania wysokiej pozycji w stadzie, dobrej reputacji, robienie komuś na złość czy pogardę. Im bardziej próbujemy naszą zwierzęcość negować, tym bardziej zaczynamy przypominać walczące szympansy, stroszące pióra koguty, czy zjadające się nawzajem gupiki. Jeśli tak bardzo zależy nam na odmienności, dlaczego nie wykorzystamy tego, w czym jesteśmy tak dobrzy - uchwytywania wyrafinowanych, abstrakcyjnych pojęć (jak świadomość, moralność, prawa) - i nie zaczniemy tej umiejętności używać w najlepszy z możliwych sposobów, czyli w celu polepszenia losu każdej świadomej istoty. Być może szybko zauważymy, że z tego grona nie da się wykluczyć innych zwierząt, a dyskusje nad sposobami ich uboju mocno nas zawstydzą.

Jeśli zaś to wstyd jest rdzeniem etyki, mam nadzieję, że metodą naszego postępowania nie będzie ukrywanie go pod rumieńcem polityki, ale walka z nim poprzez odważne przyznanie się do popełnionego błędu.

Tekst zainspirowały trzy ważne książki, które serdecznie polecam:
A. Hatkoff, The Inner World of Farm Animals
J. Safran Foer, Zjadanie zwierząt
A. Damasio, Jak umysł zyskał jaźń
Trwa ładowanie komentarzy...